niedziela, 3 lipca 2011

Ryb nie ma... Na razie. Mają być. Do niedawna zatoka księcia Williama była zamknięta w związku z możliwym tsunami po trzęsieniu ziemi na północy Alaski. Teraz wszytko wróciło do normy i statki mogą normalnie wpływać. Wypatrujemy ich z niecierpliwością.

Dni płyną a czas mierzy się od posiłku do posiłku. Sporym problemem zaczyna być podejmowanie decyzji o tym czy kolejna dokładka jest wskazana biorąc pod uwagę względy zdrowotne. Nikt nikogo nie ogranicza w ilości. Jedzenie jest bardzo dobre. Trzy posiłki a w każdym z nich stół szwedzki. Kurczak w warzywach na ostro czy może wieprzowina zapiekana z czerwoną kapustą, jajecznica czy naleśniki, ryż czy ziemniaki - ciągle trzeba decydować. Zazwyczaj wybieramy i jedno i drugie. Ten opis jest naprawdę skąpy w porównaniu do tego co codziennie wybieramy na stołówce. Musicie uwierzyć na słowo. W kwestii żywieniowej - lepiej niż można sobie wyobrazić.

W międzyczasie wpadliśmy na pomysł aktywności fizycznej. W końcu, jeśli dalej tak pójdzie celnik na granicy nas nie rozpozna. Pompki, szóstka weidera, bieganie (chociaż to ostatnie w tutejszych warunkach nie jest za bardzo wskazane). Granie w tysiąca, wycieczki, ogniska - kolejne formy spędzania wolnego czasu.

Pogoda nas rozpieszcza. Przynajmniej tak twierdzą Ci co już tu byli :)


Staramy się łapać wszystkie najlepsze okazje i robić jak najwięcej zdjęć. Jesteśmy tutaj na tyle długo, że przestajemy reagować na to co nas otacza. Kilka pierwszych dni było naprawdę niesamowitych. Wychodził człowiek rano na śniadanie i nie mógł się nadziwić górom które go otaczają. Teraz mało kto jest w stanie skupić na nich wzrok - większość myśli o tym co zaraz będzie jadła... ;)
Nie wiemy jak długo potrwa czas beztroski. Na chwilę obecną jesteśmy w stanie gotowości. W każdej chwili mogą rozpocząc się 16 godzinne zmiany - nie będzie wtedy czasu na uzupełnianie tego bloga nowinkami. Mamy nadzieję, że ten okres rozpocznie się jak najszybciej. Chcielibyśmy zacząć zarabiać ;)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

GRANDA BANDA

OK. Nikt nas nie zagonił do pracy po przyjeździe więc postanowiliśmy skorzystać z ostatnich wolnych godzin. Zimne alaskańskie powietrze zmierzwiło nam grzywy (albo i nie - bo nie wszyscy takowe mają), gdy opuszczaliśmy bunkhouse Fireweed. Przetwórnia może i nie wygląda pięknie, ale też jakoś specjalnie nie odstrasza.
 Iść w lewo?
Czy może w prawo?
Kierowani głosem serca żądającego beztroski decydujemy się na prawo. Po lewej stronie za dużo przemysłowych budynków. Tam będziemy już niedługo spędzać aż za dużo czasu. Miasto liczy sobie około 4 tys. mieszkańców. Mijamy małą zatoczkę w której zacumowanych jest tak dużo łodzi, że nie zdziwiłoby nas gdyby okazało się, że każdy ma tutaj swoją własną. 
Jest trochę późno więc nie nastawiamy się na łażenie po sklepach. Prawie 22:00 i ciągle jasno. Spacerując dalej spotykamy na pomoście kilka mew. Jest ich tutaj od cholery i gdyby "darły" się  tylko rano a nie bez przerwy, to można by wykorzystać je jako budzik.


Jeszcze parę kroków i podejmujemy decyzję o powrocie. Nie doszliśmy nawet do centrum. Jechało się długo a poprzednia noc nie należała do najwygodniejszych. Nie wiemy czy praca zacznie się od jutra więc nie chcemy ryzykować krótkiego snu. Pstrykamy ostatnie foto naszej zajebistej paczki :) i grzecznie wracamy do pokoi.
Krystian robił więc nie ma go na zdjęciu :)


DO VALDEZ...

Wake up guys. Kolejny dzień w drodze do Valdez. Tym razem tylko 7 godzin autokarem. Materace nie były zbyt twarde i wszyscy jesteśmy trochę zmięci. Prysznice szybko stawiają na nogi - człowiek zaczyna doceniać ciepłą wodę w momencie kiedy wie, że za chwilę może jej już nie mieć. Grupujemy się przed hostelem - kawa, papierosy, zachwalanie amerykańskich gum (że inne, że miętowe bardziej, że smak dłużej czuć). W końcu jedziemy na lotnisko. Tam czeka na nas spora grupa innych polaków. Są też ludzie z Kazachstanu i Ukrainy. Jest też i Jesse (ona). Sprawdza naszą obecność i o 9:15 wyruszamy. Kierowca od czasu do czasu komentuje przez głośniki to co mijamy za oknem: lotnisko awionetek, siedziba FBI w Anchorage, park narodowy... W tle jakaś rockowa grupa wyżywa się na swoich gitarach. Po paru minutach jazdy zaczyna nam się to nudzić i sami organizujemy sobie czas. Znowu robi się wesoło. Reszta autobusu wydaje się być trochę zażenowana naszym entuzjazmem...


Po jakiejś godzinie zatrzymujemy się na lunch. Przy okazji pstrykamy masę zdjęć. Nieczęsto można zjeść kanapkę patrząc na lodowiec :). Pogoda jest znośna, choć na niebie sporo chmur. Wiszą dość nisko skrywając szczyty pobliskich wzgórz. Tutaj naprawdę jest pięknie (choć my używaliśmy innych słów na określenie podziwianych widoków).

 
I znowu "go". Im dalej jesteśmy tym bliżej gór. Nie jedziemy już autostradą tylko zwykłą dwupasmówką. Od czasu do czasu mija nas jakaś furgonetka albo camper. 
 
Za szybą coraz więcej lodowców, coraz więcej gór...
Po niecałych 8 godzinach jazdy docieramy do Valdez. Nasz obóz pracy :). Na kilka minut przed Jesse instruuje nas jak korzystać z prysznica i że korzystać trzeba. Wspomina też o zakazie picia alkoholu :P Dostajemy pokój w bunkhousie Fireweed - cokolwiek to znaczy (po polskiemu wierzbówka kiprzyca). Nr 18.
Przed wyjazdem nikt nie ostrzegał nas przed tsunami. Na szczęście na miejscu zostaliśmy przeszkoleni na wypadek pojawienia się fali...
Wnętrze mile nas zaskakuje. Mogło być znacznie gorzej. Pokoje schludne. Jest prąd i internet. Czego można chcieć więcej.





niedziela, 26 czerwca 2011

ANCHORAGE

Lotnisko robi się coraz głośniejsze. Czas wstawać. Podłoga z torbą pod głową były zaskakująco wygodne. 
  Jeszcze tylko szybkie mycie zębów w toalecie i już wsiadamy do żółtej taxi. Jest nas pięcioro i nie tak łatwo wepchać wszystkie toboły do bagażnika. Podajemy na oślep wybrany adres z listy hosteli. W trakcie drogi taksówkarz pyta skąd jesteśmy i z nieskrywanemu uśmiechem wita: „Welcome to Alaska”. Niedługo później wysiadamy i okazuje się, że zmarnowaliśmy kilkadziesiąt dolarów. Nie ma dla nas miejsca w hostelu… 


Nie tracimy humoru i szybko dzwonimy do następnego – tam są miejsca. Łapiemy kolejną taksówkę i za niecałe 10$ jesteśmy na miejscu. 


Zostawiamy bagaże i idziemy zrobić rozpoznanie terenu. W pobliskim „Deli” kupujemy pierwsze amerykańskie bananowe muffiny. Niebo w gębie. Mamy czas do 9 kiedy to otworzą się dla nas drzwi biura SOCIAL SECURITY. Robi się naprawdę ciepło. Nad głowami co sekundę przelatuje awionetka – to tutaj podstawowy środek transportu. 

  Włócząc się bez mapy nie mamy pojęcia co warto zobaczyć. W końcu przedarliśmy się przez krzaki na dworzec kolejowy. Próba przejścia przez tory nie została niezauważona. Ktoś z obsługi kolei podbiegł i grzecznie uświadomił nas, że za taką beztroskę można dostać 500$ mandatu.


  Dość szaleństw na dziś. Wracamy do biura. W ciągu godziny wszyscy mamy już potwierdzenie o przyznaniu ubezpieczenia. Pozostaje tylko wziąć prysznic i czekać na jutrzejszy autobus do Valdez. Pokój w hotelu nie jest może zbyt duży ale nikomu nie psuje to nastroju – wykąpaliśmy się. 
  Nie tracąc czasu znaleźliśmy prostą, amerykańską pizzerie. Kupiliśmy piwo – po wcześniejszym okazaniu ID J. Podchmieleni i najedzeni spacerujemy dalej. Procenty szybko parują więc wpadamy na pomysł dokupienia kolejnych kilku sztuk browarów. „Deli” jest zupełnie puste – ani jednej sztuki. Dla chcącego nic trudnego – polaka nie tak łatwo zniechęcić. Wyciągamy informacje od kilku przechodni i trafiamy do monopolowego. Jeszcze przed progiem słyszymy prośbę o ID. Na kozaka wyciągamy paszporty. „Jeszcze Ty” mówi właściciel do jednego z nas. Tłumaczenia, że ON nic nie kupuje nie pomagają. Sprzedawca, każe nam opuścić sklep w trybie natychmiastowym. Trochę  zaszokowani nie wiemy co zrobić i nie ruszamy się z miejsca. Kolejna groźba 1500$ dla każdego z nas i wezwanie policji przemawia do nas w zupełności. Nie ma piwa. Załamka.