poniedziałek, 27 czerwca 2011

GRANDA BANDA

OK. Nikt nas nie zagonił do pracy po przyjeździe więc postanowiliśmy skorzystać z ostatnich wolnych godzin. Zimne alaskańskie powietrze zmierzwiło nam grzywy (albo i nie - bo nie wszyscy takowe mają), gdy opuszczaliśmy bunkhouse Fireweed. Przetwórnia może i nie wygląda pięknie, ale też jakoś specjalnie nie odstrasza.
 Iść w lewo?
Czy może w prawo?
Kierowani głosem serca żądającego beztroski decydujemy się na prawo. Po lewej stronie za dużo przemysłowych budynków. Tam będziemy już niedługo spędzać aż za dużo czasu. Miasto liczy sobie około 4 tys. mieszkańców. Mijamy małą zatoczkę w której zacumowanych jest tak dużo łodzi, że nie zdziwiłoby nas gdyby okazało się, że każdy ma tutaj swoją własną. 
Jest trochę późno więc nie nastawiamy się na łażenie po sklepach. Prawie 22:00 i ciągle jasno. Spacerując dalej spotykamy na pomoście kilka mew. Jest ich tutaj od cholery i gdyby "darły" się  tylko rano a nie bez przerwy, to można by wykorzystać je jako budzik.


Jeszcze parę kroków i podejmujemy decyzję o powrocie. Nie doszliśmy nawet do centrum. Jechało się długo a poprzednia noc nie należała do najwygodniejszych. Nie wiemy czy praca zacznie się od jutra więc nie chcemy ryzykować krótkiego snu. Pstrykamy ostatnie foto naszej zajebistej paczki :) i grzecznie wracamy do pokoi.
Krystian robił więc nie ma go na zdjęciu :)


DO VALDEZ...

Wake up guys. Kolejny dzień w drodze do Valdez. Tym razem tylko 7 godzin autokarem. Materace nie były zbyt twarde i wszyscy jesteśmy trochę zmięci. Prysznice szybko stawiają na nogi - człowiek zaczyna doceniać ciepłą wodę w momencie kiedy wie, że za chwilę może jej już nie mieć. Grupujemy się przed hostelem - kawa, papierosy, zachwalanie amerykańskich gum (że inne, że miętowe bardziej, że smak dłużej czuć). W końcu jedziemy na lotnisko. Tam czeka na nas spora grupa innych polaków. Są też ludzie z Kazachstanu i Ukrainy. Jest też i Jesse (ona). Sprawdza naszą obecność i o 9:15 wyruszamy. Kierowca od czasu do czasu komentuje przez głośniki to co mijamy za oknem: lotnisko awionetek, siedziba FBI w Anchorage, park narodowy... W tle jakaś rockowa grupa wyżywa się na swoich gitarach. Po paru minutach jazdy zaczyna nam się to nudzić i sami organizujemy sobie czas. Znowu robi się wesoło. Reszta autobusu wydaje się być trochę zażenowana naszym entuzjazmem...


Po jakiejś godzinie zatrzymujemy się na lunch. Przy okazji pstrykamy masę zdjęć. Nieczęsto można zjeść kanapkę patrząc na lodowiec :). Pogoda jest znośna, choć na niebie sporo chmur. Wiszą dość nisko skrywając szczyty pobliskich wzgórz. Tutaj naprawdę jest pięknie (choć my używaliśmy innych słów na określenie podziwianych widoków).

 
I znowu "go". Im dalej jesteśmy tym bliżej gór. Nie jedziemy już autostradą tylko zwykłą dwupasmówką. Od czasu do czasu mija nas jakaś furgonetka albo camper. 
 
Za szybą coraz więcej lodowców, coraz więcej gór...
Po niecałych 8 godzinach jazdy docieramy do Valdez. Nasz obóz pracy :). Na kilka minut przed Jesse instruuje nas jak korzystać z prysznica i że korzystać trzeba. Wspomina też o zakazie picia alkoholu :P Dostajemy pokój w bunkhousie Fireweed - cokolwiek to znaczy (po polskiemu wierzbówka kiprzyca). Nr 18.
Przed wyjazdem nikt nie ostrzegał nas przed tsunami. Na szczęście na miejscu zostaliśmy przeszkoleni na wypadek pojawienia się fali...
Wnętrze mile nas zaskakuje. Mogło być znacznie gorzej. Pokoje schludne. Jest prąd i internet. Czego można chcieć więcej.





niedziela, 26 czerwca 2011

ANCHORAGE

Lotnisko robi się coraz głośniejsze. Czas wstawać. Podłoga z torbą pod głową były zaskakująco wygodne. 
  Jeszcze tylko szybkie mycie zębów w toalecie i już wsiadamy do żółtej taxi. Jest nas pięcioro i nie tak łatwo wepchać wszystkie toboły do bagażnika. Podajemy na oślep wybrany adres z listy hosteli. W trakcie drogi taksówkarz pyta skąd jesteśmy i z nieskrywanemu uśmiechem wita: „Welcome to Alaska”. Niedługo później wysiadamy i okazuje się, że zmarnowaliśmy kilkadziesiąt dolarów. Nie ma dla nas miejsca w hostelu… 


Nie tracimy humoru i szybko dzwonimy do następnego – tam są miejsca. Łapiemy kolejną taksówkę i za niecałe 10$ jesteśmy na miejscu. 


Zostawiamy bagaże i idziemy zrobić rozpoznanie terenu. W pobliskim „Deli” kupujemy pierwsze amerykańskie bananowe muffiny. Niebo w gębie. Mamy czas do 9 kiedy to otworzą się dla nas drzwi biura SOCIAL SECURITY. Robi się naprawdę ciepło. Nad głowami co sekundę przelatuje awionetka – to tutaj podstawowy środek transportu. 

  Włócząc się bez mapy nie mamy pojęcia co warto zobaczyć. W końcu przedarliśmy się przez krzaki na dworzec kolejowy. Próba przejścia przez tory nie została niezauważona. Ktoś z obsługi kolei podbiegł i grzecznie uświadomił nas, że za taką beztroskę można dostać 500$ mandatu.


  Dość szaleństw na dziś. Wracamy do biura. W ciągu godziny wszyscy mamy już potwierdzenie o przyznaniu ubezpieczenia. Pozostaje tylko wziąć prysznic i czekać na jutrzejszy autobus do Valdez. Pokój w hotelu nie jest może zbyt duży ale nikomu nie psuje to nastroju – wykąpaliśmy się. 
  Nie tracąc czasu znaleźliśmy prostą, amerykańską pizzerie. Kupiliśmy piwo – po wcześniejszym okazaniu ID J. Podchmieleni i najedzeni spacerujemy dalej. Procenty szybko parują więc wpadamy na pomysł dokupienia kolejnych kilku sztuk browarów. „Deli” jest zupełnie puste – ani jednej sztuki. Dla chcącego nic trudnego – polaka nie tak łatwo zniechęcić. Wyciągamy informacje od kilku przechodni i trafiamy do monopolowego. Jeszcze przed progiem słyszymy prośbę o ID. Na kozaka wyciągamy paszporty. „Jeszcze Ty” mówi właściciel do jednego z nas. Tłumaczenia, że ON nic nie kupuje nie pomagają. Sprzedawca, każe nam opuścić sklep w trybie natychmiastowym. Trochę  zaszokowani nie wiemy co zrobić i nie ruszamy się z miejsca. Kolejna groźba 1500$ dla każdego z nas i wezwanie policji przemawia do nas w zupełności. Nie ma piwa. Załamka.

piątek, 24 czerwca 2011

START

Po długich i ciężkich przygotowaniach wreszcie weszliśmy na Okęcie. Godzina 24:00. Hmmm... Nie podejrzewaliśmy, że o tej porze największy w Polsce Port Lotniczy może być tak pusty. Do wylotu zostało niecałe osiem godzin. Spędziliśmy je na ławce oglądając "Fourth Kind". Rano po przejściu odprawy wgramoliliśmy się do Embraera i godzinę czekaliśmy na start... LOL. Dobra lecimy. Ładna pogoda, widoki budowanych autostrad. Wysiadamy na Amsterdam Schiphol Airport mając 20 minut na przesiadkę... Biegniemy ile sił w nogach na drugi koniec lotniska z nadzieją, że zdążymy na połączenie do Chicago. Tabliczki kierujące na"Gate G5" śmigają nam nad głowami. Ufff... Dobiegliśmy. Mokrzy, zmęczeni i śmierdzący wpatrujemy się w tablice rozkładu... CO?! Lot do Chicago opóźniony o trzy godziny. I po co było biec? No nic... Trudno. Przynajmniej polecimy. Kila krótkich wycieczek po terminalu, klop, palarnia (PF w niepełnym składzie - ten trzeci z niewiadomych względów nie chciał przyjechać)... W końcu usiedliśmy przy bramce ciesząc się, że Boeing 777 nie odleciał bez nas. Hmmm? Może by tak zapytać kogoś z obsługi co zrobimy po dotarciu na miejsce i co z naszymi bagażami. Tylko, gdzie jest bilet Klita? Grzebanie w totbach nie przynosi rezultatu. Panika! Po wywaleniu wszystkiego do góry nogami dowiedzieliśmy się, że można go jednak wydrukować po raz drugi. SUPER - znowu fuks. Przechodzimy przez kontrole celną. Całkiem miła Pani zadaje nam jakieś głupie pytania: czy wieziecie do USA rzeczy, które dostaliście od bliskich? Kto pomagał się wam pakować? Czy wiecie, co spakowali wam do bagażu? Odpowiadamy posłusznie i przechodzimy dalej. Jakaś dziwna komora sprawdza czy nie ma na nas metalowych przedmiotów - nie ma.W końcu wchodzimy na pokład Boeinga 777. Po kilku stresujących momentach dostaliśmy małej głupawki. Byliśmy na tyle głośno, że jedna ze Stewardes zwróciła na nas uwagę i podchodząc mówi: Po co lecicie na tą Alaskę? Polka! I to jaka sympatyczna. Zaraz po starcie dostaliśmy pakiecik podróżny - szczoteczka, pasta do zębów, maść do twarzy, skarpetki (:P). Miło, zwłaszcza, że tyle co rozmawialiśmy o naszych biednych, niemytych jamach gębowych. Po kilkunastu minutach lotu nadeszła pora na długo wyczekiwany obiad. Kurczak z ziemniakami i warzywami. Do tego surówka i mega pycha ciastko. Byliśmy trochę głodni więc zjedliśmy wszystko trochę zbyt szybko. Gapiąc się w puste miski zaczynaliśmy się znowu robić puści w środku a tu nagle... Druga porcja od pani stewardesy :D Potem wino, lody z biznes klasy, ciastka, Jim Beam z colą, jakieś bułki, batoniki. W pewnym momencie mieliśmy już dość jedzenia - zwłaszcza, że siedzący koło nas pasażerowie nic nie dostawali :D. Lądujemy w Chicago z godziną zapasu na przesiadkę. Sama odprawa trwa półtorej. Celnik okazuje się również być polakiem (jak to w Chicago). Mówi: jajka wam odmarzną na tej Alasce. Przybija pieczątkę i puszcza wolno. WITAJ AMERYKO! Taaa... Samolot do Seattle odleciał :/ Odbieramy bagaże i idziemy przebukować bilet. Okazuje się, że możemy dotrzeć do Anchorage bezpośrednio, ale dopiero jutro rano. OK - bierzemy. Faja pod terminalem 5, krótki telefon i kilkanaście minut później siedzimy u wujka Andrzeja. Prysznic, kolacja, drin... Tego nam było trzeba. Dzięki Ci CONTINENTAL AIRLINES za opóźnienie. Zamawiamy taxi na 7 rano i idziemy spać... Klito trochę się wiercił i miałem ochotę mu zajebać no ale zmęczenie wzięło górę - zasnąłem i ja. 7:15 - gdzie jest KURWA ten taksówkarz!!! Dzwonimy raz jeszcze. Ponoć nas szuka, ale nie wie jak trafić na podany adres. Google na ratunek! Szybkie rozeznanie w siatce ulic i kierujemy taksówkarza przez pośrednika pod nasz blok... Dwadzieścia dolarów później jesteśmy znów na O'Hare. Szybko po bilety. Ups! Nie ma tak łatwo polaczki. Okazuje się, że na zabukowany lot nie ma dla nas miejsca :/ Musimy lecieć przez Seattle. OK! Niech będzie - byle dalej. Gładko ściągamy pasek, zegarek, okulary, buty i wszytko inne co nam tylko celnik każe. Spacerkiem do GATE 23. Noż kurwaaaaaaa. Opóźniony 2 godziny. Szlag by to jasny trafił - nie zdążymy na ten do Anchorage. Ile można się spóźniać? Poużywaliśmy sobie trochę popularnych polskich słów i poczekaliśmy na samolot. W końcu przyleciał. Boeing 757 - miejsca 8a i 8b. Pierwszy rząd klasy ekonomicznej - przy samych drzwiach. Przynajmniej szybko wyjdziemy. Kołowanie i znów w powietrzu. 4 godziny później jesteśmy w Seattle! Następny lot (ostatni) dopiero za 6 godzin. Co tu robić? Dowiadujemy się o pociągu w kierunku DownTown i dziesięć minut później siedzimy w środku. Po 40 minutach jesteśmy w centrum. WOW. Głowy kręcą się nam we wszystkie strony - to miasto jest naprawdę świetne. Idziemy w kierunku wody. Wchodzimy na molo, pstrykamy parę zdjęć korzystając z uprzejmości amerykanów którzy sami proponują, że będą pstrykać. Czas na PF! Płynie prom a my znowu wdzięczni CONTINENTAL AIRLINES za opóźnienie przez które trafiliśmy jednak do Seattle. No to jeszcze tylko zobaczymy wieże i wracamy. Mamy trzy godziny a po paru minutach marszu nie wydawało się żebyśmy mieli do niej szybko dotrzeć... Klito z dziwnym powerem drze w przód jak parowóz... No ok. Niedługo potem rzeczywiście stoimy pod SPACE NEEDLE CENTER. Kilka fotek i wracamy na lotnisko. Znowu odprawa, znowu ściąganie butów. Bleee... Ile można. Idziemy do GATE 11. Oooo? Koledzy z Krakowa :) Ekipa się powiększa. W zmęczonym nastroju czekamy na następnego Boeinga. Jakaś dziewczynka żyga na dywan a jej niewiele starszy brat pyta: "Shana, are u done?"... Dziadek rzuca się z chusteczką na podłogę a matka powtarza, że nic się nie stało. Niedługo później w samolocie powtarza w kółko do córki - połykaj, połykaj, po prostu połykaj... Karol śpi w locie a ja podziwiam nigdy niezachodzące słońce na Alasce. Nagle spod chmur wyłaniają sie góry. Budze Karol ale ten jak zabity. Robie kilka fotek i lądujemy w Anchorage. Godzina 23:30 - jasno. Jasno jak u nas o 5. Rozkładamy się na lotnisku. Na szukanie hostelu trochę późno - znajdziemy za parę  godzin...