Po długich i ciężkich przygotowaniach wreszcie weszliśmy na Okęcie. Godzina 24:00. Hmmm... Nie podejrzewaliśmy, że o tej porze największy w Polsce Port Lotniczy może być tak pusty. Do wylotu zostało niecałe osiem godzin. Spędziliśmy je na ławce oglądając "Fourth Kind". Rano po przejściu odprawy wgramoliliśmy się do Embraera i godzinę czekaliśmy na start... LOL. Dobra lecimy. Ładna pogoda, widoki budowanych autostrad. Wysiadamy na Amsterdam Schiphol Airport mając 20 minut na przesiadkę... Biegniemy ile sił w nogach na drugi koniec lotniska z nadzieją, że zdążymy na połączenie do Chicago. Tabliczki kierujące na"Gate G5" śmigają nam nad głowami. Ufff... Dobiegliśmy. Mokrzy, zmęczeni i śmierdzący wpatrujemy się w tablice rozkładu... CO?! Lot do Chicago opóźniony o trzy godziny. I po co było biec? No nic... Trudno. Przynajmniej polecimy. Kila krótkich wycieczek po terminalu, klop, palarnia (PF w niepełnym składzie - ten trzeci z niewiadomych względów nie chciał przyjechać)... W końcu usiedliśmy przy bramce ciesząc się, że Boeing 777 nie odleciał bez nas. Hmmm? Może by tak zapytać kogoś z obsługi co zrobimy po dotarciu na miejsce i co z naszymi bagażami. Tylko, gdzie jest bilet Klita? Grzebanie w totbach nie przynosi rezultatu. Panika! Po wywaleniu wszystkiego do góry nogami dowiedzieliśmy się, że można go jednak wydrukować po raz drugi. SUPER - znowu fuks. Przechodzimy przez kontrole celną. Całkiem miła Pani zadaje nam jakieś głupie pytania: czy wieziecie do USA rzeczy, które dostaliście od bliskich? Kto pomagał się wam pakować? Czy wiecie, co spakowali wam do bagażu? Odpowiadamy posłusznie i przechodzimy dalej. Jakaś dziwna komora sprawdza czy nie ma na nas metalowych przedmiotów - nie ma.W końcu wchodzimy na pokład Boeinga 777. Po kilku stresujących momentach dostaliśmy małej głupawki. Byliśmy na tyle głośno, że jedna ze Stewardes zwróciła na nas uwagę i podchodząc mówi: Po co lecicie na tą Alaskę? Polka! I to jaka sympatyczna. Zaraz po starcie dostaliśmy pakiecik podróżny - szczoteczka, pasta do zębów, maść do twarzy, skarpetki (:P). Miło, zwłaszcza, że tyle co rozmawialiśmy o naszych biednych, niemytych jamach gębowych. Po kilkunastu minutach lotu nadeszła pora na długo wyczekiwany obiad. Kurczak z ziemniakami i warzywami. Do tego surówka i mega pycha ciastko. Byliśmy trochę głodni więc zjedliśmy wszystko trochę zbyt szybko. Gapiąc się w puste miski zaczynaliśmy się znowu robić puści w środku a tu nagle... Druga porcja od pani stewardesy :D Potem wino, lody z biznes klasy, ciastka, Jim Beam z colą, jakieś bułki, batoniki. W pewnym momencie mieliśmy już dość jedzenia - zwłaszcza, że siedzący koło nas pasażerowie nic nie dostawali :D. Lądujemy w Chicago z godziną zapasu na przesiadkę. Sama odprawa trwa półtorej. Celnik okazuje się również być polakiem (jak to w Chicago). Mówi: jajka wam odmarzną na tej Alasce. Przybija pieczątkę i puszcza wolno. WITAJ AMERYKO! Taaa... Samolot do Seattle odleciał :/ Odbieramy bagaże i idziemy przebukować bilet. Okazuje się, że możemy dotrzeć do Anchorage bezpośrednio, ale dopiero jutro rano. OK - bierzemy. Faja pod terminalem 5, krótki telefon i kilkanaście minut później siedzimy u wujka Andrzeja. Prysznic, kolacja, drin... Tego nam było trzeba. Dzięki Ci CONTINENTAL AIRLINES za opóźnienie. Zamawiamy taxi na 7 rano i idziemy spać... Klito trochę się wiercił i miałem ochotę mu zajebać no ale zmęczenie wzięło górę - zasnąłem i ja. 7:15 - gdzie jest KURWA ten taksówkarz!!! Dzwonimy raz jeszcze. Ponoć nas szuka, ale nie wie jak trafić na podany adres. Google na ratunek! Szybkie rozeznanie w siatce ulic i kierujemy taksówkarza przez pośrednika pod nasz blok... Dwadzieścia dolarów później jesteśmy znów na O'Hare. Szybko po bilety. Ups! Nie ma tak łatwo polaczki. Okazuje się, że na zabukowany lot nie ma dla nas miejsca :/ Musimy lecieć przez Seattle. OK! Niech będzie - byle dalej. Gładko ściągamy pasek, zegarek, okulary, buty i wszytko inne co nam tylko celnik każe. Spacerkiem do GATE 23. Noż kurwaaaaaaa. Opóźniony 2 godziny. Szlag by to jasny trafił - nie zdążymy na ten do Anchorage. Ile można się spóźniać? Poużywaliśmy sobie trochę popularnych polskich słów i poczekaliśmy na samolot. W końcu przyleciał. Boeing 757 - miejsca 8a i 8b. Pierwszy rząd klasy ekonomicznej - przy samych drzwiach. Przynajmniej szybko wyjdziemy. Kołowanie i znów w powietrzu. 4 godziny później jesteśmy w Seattle! Następny lot (ostatni) dopiero za 6 godzin. Co tu robić? Dowiadujemy się o pociągu w kierunku DownTown i dziesięć minut później siedzimy w środku. Po 40 minutach jesteśmy w centrum. WOW. Głowy kręcą się nam we wszystkie strony - to miasto jest naprawdę świetne. Idziemy w kierunku wody. Wchodzimy na molo, pstrykamy parę zdjęć korzystając z uprzejmości amerykanów którzy sami proponują, że będą pstrykać. Czas na PF! Płynie prom a my znowu wdzięczni CONTINENTAL AIRLINES za opóźnienie przez które trafiliśmy jednak do Seattle. No to jeszcze tylko zobaczymy wieże i wracamy. Mamy trzy godziny a po paru minutach marszu nie wydawało się żebyśmy mieli do niej szybko dotrzeć... Klito z dziwnym powerem drze w przód jak parowóz... No ok. Niedługo potem rzeczywiście stoimy pod SPACE NEEDLE CENTER. Kilka fotek i wracamy na lotnisko. Znowu odprawa, znowu ściąganie butów. Bleee... Ile można. Idziemy do GATE 11. Oooo? Koledzy z Krakowa :) Ekipa się powiększa. W zmęczonym nastroju czekamy na następnego Boeinga. Jakaś dziewczynka żyga na dywan a jej niewiele starszy brat pyta: "Shana, are u done?"... Dziadek rzuca się z chusteczką na podłogę a matka powtarza, że nic się nie stało. Niedługo później w samolocie powtarza w kółko do córki - połykaj, połykaj, po prostu połykaj... Karol śpi w locie a ja podziwiam nigdy niezachodzące słońce na Alasce. Nagle spod chmur wyłaniają sie góry. Budze Karol ale ten jak zabity. Robie kilka fotek i lądujemy w Anchorage. Godzina 23:30 - jasno. Jasno jak u nas o 5. Rozkładamy się na lotnisku. Na szukanie hostelu trochę późno - znajdziemy za parę godzin...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz