Lotnisko robi się coraz głośniejsze. Czas wstawać. Podłoga z torbą pod głową były zaskakująco wygodne.
Jeszcze tylko szybkie mycie zębów w toalecie i już wsiadamy do żółtej taxi. Jest nas pięcioro i nie tak łatwo wepchać wszystkie toboły do bagażnika. Podajemy na oślep wybrany adres z listy hosteli. W trakcie drogi taksówkarz pyta skąd jesteśmy i z nieskrywanemu uśmiechem wita: „Welcome to Alaska”. Niedługo później wysiadamy i okazuje się, że zmarnowaliśmy kilkadziesiąt dolarów. Nie ma dla nas miejsca w hostelu…
Nie tracimy humoru i szybko dzwonimy do następnego – tam są miejsca. Łapiemy kolejną taksówkę i za niecałe 10$ jesteśmy na miejscu.
Zostawiamy bagaże i idziemy zrobić rozpoznanie terenu. W pobliskim „Deli” kupujemy pierwsze amerykańskie bananowe muffiny. Niebo w gębie. Mamy czas do 9 kiedy to otworzą się dla nas drzwi biura SOCIAL SECURITY. Robi się naprawdę ciepło. Nad głowami co sekundę przelatuje awionetka – to tutaj podstawowy środek transportu.
Włócząc się bez mapy nie mamy pojęcia co warto zobaczyć. W końcu przedarliśmy się przez krzaki na dworzec kolejowy. Próba przejścia przez tory nie została niezauważona. Ktoś z obsługi kolei podbiegł i grzecznie uświadomił nas, że za taką beztroskę można dostać 500$ mandatu.
Dość szaleństw na dziś. Wracamy do biura. W ciągu godziny wszyscy mamy już potwierdzenie o przyznaniu ubezpieczenia. Pozostaje tylko wziąć prysznic i czekać na jutrzejszy autobus do Valdez. Pokój w hotelu nie jest może zbyt duży ale nikomu nie psuje to nastroju – wykąpaliśmy się.

Nie tracąc czasu znaleźliśmy prostą, amerykańską pizzerie. Kupiliśmy piwo – po wcześniejszym okazaniu ID J. Podchmieleni i najedzeni spacerujemy dalej. Procenty szybko parują więc wpadamy na pomysł dokupienia kolejnych kilku sztuk browarów. „Deli” jest zupełnie puste – ani jednej sztuki. Dla chcącego nic trudnego – polaka nie tak łatwo zniechęcić. Wyciągamy informacje od kilku przechodni i trafiamy do monopolowego. Jeszcze przed progiem słyszymy prośbę o ID. Na kozaka wyciągamy paszporty. „Jeszcze Ty” mówi właściciel do jednego z nas. Tłumaczenia, że ON nic nie kupuje nie pomagają. Sprzedawca, każe nam opuścić sklep w trybie natychmiastowym. Trochę zaszokowani nie wiemy co zrobić i nie ruszamy się z miejsca. Kolejna groźba 1500$ dla każdego z nas i wezwanie policji przemawia do nas w zupełności. Nie ma piwa. Załamka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz